To był paskudny, jesienny wieczór. Nadmorski wiatr wciskał się przez szczeliny starych, drewnianych okien i zawodził złowieszczo. Jak zwykle w taki dzień nie mogłam sobie znaleźć ani miejsca, ani zajęcia. Wcisnęłam się więc w fotel i z kieliszkiem wina w ręku nerwowo przerzucałam programy w telewizji. W pewnym momencie natrafiłam na zapowiedź filmu o hipermnezji, zjawisku, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Jak głosił zwiastun, w dokumencie mieli być przedstawieni ludzie z niezwykłą pamięcią autobiograficzną, która pozwala odtworzyć całe życie, dzień po dniu, niemalże od wieku niemowlęcego. Bardzo mnie to zaciekawiło i wydawało mi się niebywale ekscytujące. Jak to możliwe, żeby mieć w pamięci wydarzenia sprzed wielu, wielu lat, podczas gdy większość z nas nie potrafi sobie przypomnieć, co wydarzyło się dwa tygodnie temu? Musiałam koniecznie obejrzeć ten dokument i naprawdę czekałam na niego z niecierpliwością.
Jakież jednak było moje rozczarowanie, gdy główny bohater na pytanie, które wspomnienie z dzieciństwa przychodzi mu na myśl jako pierwsze, skoro pamięta każdy jego dzień, odpowiedział:
„Pierwsze wspomnienie, jakie przyszło mi do głowy, to moje dziewiąte urodziny. Pamiętam bowiem, że kilka dni przed nimi miałem straszną obstrukcję i cały czas aplikowano mi różne środki przeczyszczające, które w ogóle nie działały. Dopiero podczas urodzinowego przyjęcia, w momencie krojenia tortu, tak mnie przypiliło, że niestety nie zdążyłem do ubikacji.”
Nooo… Muszę przyznać, że byłam pod wielkim wrażeniem. Naprawdę warto mieć pamięć absolutną, żeby właśnie ze wszystkich swoich urodzin, w pierwszej kolejności opowiedzieć o tych, kiedy za przeproszeniem, narobiło się przy gościach w gatki… Pomyślałam też, że to żadna pamięć absolutna, bo akurat takie urodziny sama zapamiętałabym do końca życia.
Obejrzenie filmu miało jednak głębszy sens. Skłoniło mnie bowiem do refleksji, co ja mogłabym powiedzieć o swoim życiu? Ile z niego pamiętam? Czy chciałabym pamiętać każdy jego dzień? Ile o nim wiem z opowieści moich bliskich? Jakie zdarzenie wywarło na mnie największy wpływ? Zaczęłam przywoływać wspomnienia i ze zdziwieniem zauważyłam jedną zależność. Jako pierwsze przychodziły te smutne i dramatyczne chwile. Niektóre z nich były tak intensywne, że przypominał mi się każdy gest, każde słowo, momentami czułam nawet zapach, który im towarzyszył. Natomiast prawdziwy kłopot był ze szczęśliwymi wspomnieniami. Te nie przychodziły już tak łatwo. Pojawiały się powoli i z mozołem, stopniowo odsłaniając kolejne obrazy, do tego były bardzo ogólne. Najwidoczniej złe emocje, smutne chwile i porażki zapadają nam bardziej w pamięci. Może dlatego ten biedak, jako pierwsze przypomniał sobie właśnie tamte urodziny…
Be the first to reply