Szłam powoli szpitalnym korytarzem, nie chciałam się spieszyć. W pewnym momencie ze stojącego przy ścianie łóżka pomarszczona, delikatna dłoń musnęła moją rękę. Odwróciłam się i ujrzałam drobniutką, białą jak papier staruszkę.
– Jest mi bardzo zimno, czy może mnie pani okryć kocem? Nikt tu o mnie nie dba – powiedziała rozżalona.
Otuliłam ją starannie i pomyślałam: Starość jest strasznie smutna.
Szłam dalej szpitalnym korytarzem. Z bocznej łazienki wyszła przygarbiona kobieta w wielkich, staromodnych okularach. Mrużyła mocno oczy, a dłonią nieporadnie próbowała złapać poręcz przy ścianie.
– Przepraszam – zagadnęła nieśmiało – czy może mnie pani odprowadzić do sali, niedowidzę i mam problemy z chodzeniem.
Powolnym krokiem przemierzyłyśmy drogę, a ja pomyślałam: Starość jest niedołężna.
Szłam dalej tym samym szpitalnym korytarzem. Siedzący na wózku mężczyzna w trzęsących się dłoniach trzymał niewielki telefon.
– Złociutka – powiedział słabiutkim głosem – czy może pani sprawdzić, czy mam nieodebrane połączenia i czy dzwonek jest nastawiony na najgłośniejszy sygnał? Czekam na telefon od dzieci, ale ciągle nikt nie dzwoni – dodał przygnębiony, a ja pomyślałam: Starość jest samotna.
Szłam dalej tym cholernym, długim jak piekło korytarzem, aż wreszcie dotarłam do celu. Weszłam do gabinetu i spojrzałam ze strachem na lekarza.
– Przykro mi, niestety, nie możemy już nic więcej dla pani zrobić – powiedział lekarz.
A ja pomyślałam: Niestety, nie będzie mi dane dożyć starości…
Be the first to reply