Dobry dzień

Piotr nigdy nie budził się o tak wczesnej porze. Niedziela była zazwyczaj dniem leniuchowania. Tego jednak ranka coś nie pozwoliło mu spać. Obudził się bardziej poddenerwowany niż zwykle, pełen niepokoju. Może przyśniło mu się coś złego, czego już nie pamięta? Wstał z łóżka, i żeby przerwać ten dziwny nastrój, zszedł do kuchni zaparzyć sobie kawę. Przez chwilę patrzył zamyślony przed siebie, a potem nagle odstawił kubek i powolnym krokiem udał się na strych. Gdy już się na niego wdrapał, podszedł do starego kredensu. Oparł się o niego plecami i przesunął tak, żeby mógł sięgnąć do ukrytego w podłodze schowka. Zanim się schylił po zawartość skrytki, zastanowił się, czy na pewno chce to zrobić. Wiedział, że powrócą bolesne wspomnienia. Uciekał przed nimi całe lata. Ale dzisiaj coś mu mówiło, że to jest ten dzień, że tak właśnie należy postąpić. Otworzył więc skrytkę i wyjął pożółkłą, ciemną kopertę, uspokoił oddech i powoli wysunął jej zawartość. Był to plik fotografii, które wykonał piętnaście lat temu, podczas rocznicy ślubu znajomych. Doskonale pamięta tamto przyjęcie, wydane z wielkim rozmachem na przekór temu, co działo się w zmierzającym w przepaść świecie. Wszyscy goście tego dnia wydawali się radośni i beztroscy. Może przeczuwali, że to ich ostatnie spotkanie przed tym, co zbliża się nieuchronnie?

To, co się zbliżało, nadeszło cztery miesiące później, pierwszego września i skazało ich na los, jakiego nikt z nich wcześniej nie był w stanie sobie wyobrazić. Gdy o tym pomyślał, schował fotografie z powrotem do koperty, nie znalazł siły, by na nie spojrzeć.  Nie rozumiał, co się z nim dzisiaj dzieje. Teraz coś mu kazało włożyć niedzielny garnitur, zabrać zdjęcia i udać się na dworzec kolejowy. Wiedział, że pociąg do Warczewa odjeżdża za piętnaście minut, już parokrotnie to sprawdzał, tak na wszelki wypadek, gdyby musiał tam pojechać z Basią. Kiedy zajął miejsce w przedziale, serce zaczęło mu bić przyspieszonym rytmem. Jechał do miasteczka, które opuścił w czasie wojny i do którego najchętniej nigdy by nie powrócił.  Widział tu tak wiele okropnych rzeczy. Zbyt wiele i zbyt strasznych, po tylu latach nadal niezrozumiałych. To tu ginęli jego przyjaciele i znajomi. Nigdy nie zapomni nocy, gdy z domu obok wywleczono jego sąsiadów. Nie zrobili nikomu nic złego, byli dobrymi, miłymi ludźmi, ale na ramieniu nosili gwiazdę Dawida… to wystarczyło. Rozstrzelano wszystkich pod płotem ich pięknej rezydencji. Całą rodzinę. Tobiasza i Annę, ich dziadków, teściów, rodziców, szwagierkę z mężem… dzieci. Tobiasz uważał, że jak będą trzymać się razem, łatwiej będzie im przeżyć ten mroczny czas. Zebrał całą rodzinę u siebie…niestety, w tamtych czasach nic nie było w stanie ich ocalić.  Piotr widział całą egzekucję z okna, jego żona również. Prawie zakneblował jej usta, żeby oprawcy nie usłyszeli jej potwornego, przepełnionego rozpaczą krzyku. Znała tę rodzinę, ich dzieci nosiła na rękach. Nie mogła zrozumieć, jak można dopuszczać się tak strasznych zbrodni. Właśnie wtedy zadecydowali, że muszą natychmiast wyjechać z tego diabelskiego miasteczka. Chociaż tak naprawdę, inne nie były wcale bardziej bezpieczne. Zanim zaczęli się pakować, pożyczyli wóz od młynarza, żeby wywieść i pochować zwłoki rozstrzelanych. Pomoc zaoferował tylko kowal, reszta mieszkańców sparaliżowana strachem, wolała zostać w domu. Gdy podnieśli ciało Anny okazało się, że leżąca pod nią córeczka żyje. Jak to się stało, że kula nawet jej nie drasnęła? Trzyletnia dziewczynka leżała cicho, panicznie przerażona i chyba ogłuszona serią strzałów. Ukryli ją na noc na  plebanii, a następnego dnia wyjeżdżając z miasta po kryjomu pojechali po dziecko. Ksiądz ją ochrzcił i wypisał nową metrykę urodzenia. Tak stali się rodzicami Basi.

Kiedy dojechał na miejsce, wahał się czy wysiąść, ale skoro jakaś dziwna siła przywiodła go tutaj, trzeba stawić temu czoła. Po kilkunastu minutach dotarł do swego dawnego domu. Budynek w niczym nie przypominał dawnej eleganckiej wilii. Był odrapany i zaniedbany,  ogród stał się zabłoconym placem. Przymknął na chwilę powieki i przywołał wspomnienie swojej żony w zwiewnej białej sukience, wkładającej do koszyka świeżo ścięte róże, uśmiechniętej, szczęśliwej. Tak, przez przeżycia z wojny prawie zapomniał, że wiódł tu kiedyś pełne radości życie. Po dłuższej chwili nieśmiało odwrócił głowę w stronę domu jego przybranej córki. Myśl, że kiedyś będzie musiał przywieźć tu Basię i powiedzieć jej prawdę o tamtej strasznej nocy, znowu przyspieszyła bicie serca. Zbierał się do tego setki razy. Teraz wyznaczył sobie ostateczną datę na jej osiemnaste urodziny. Musi jej w końcu zdradzić ukrywaną przez lata tajemnicę. Każdy ma prawo znać swoje korzenie. Było mu tylko przykro, że tak niewiele będzie mogła się dowiedzieć o swojej prawdziwej rodzinie, że nie ma żadnej pamiątki. Stał tak, zanurzony w rozmyślaniach, gdy niespodziewanie obok niego zatrzymał się samochód. Odwrócił się, trochę wystraszony, bo samochodami zazwyczaj jeździli ludzie, z którymi nie chciał mieć nic do czynienia. Mężczyzna, który wysiadał z samochodu nie wyglądał jednak na człowieka z bezpieki lub partii, miał w sobie zbyt dużo klasy i elegancji. – Może mieszka teraz w moim domu? – pomyślał i zaczął żwawo iść w przeciwną stronę.

– Pan Piotr?! – usłyszał za plecami. – Panie Piotrze, to ja profesor Fischer!

Wszędzie rozpoznałby ten głos, nikt nie wymawiał ”r” w tak specyficzny sposób. Przeszedł go dreszcz na myśl, że właśnie zdjęcia jego rodziny ma w kieszeni marynarki. Przywitali się bardzo serdecznie. Obaj nie do końca dowierzali temu, co się właśnie wydarzyło.

– Tak się cieszę, że pana spotkałem, panie Piotrze! Przyjechałem do Polski zaledwie na kilka dni, chciałem zobaczyć mój stary dom – westchnął. – Nie myślałem, że to wszystko aż tak źle wygląda. Żal patrzeć… Pan też, widzę, przyjechał w podróż sentymentalną. Może się przejdziemy ? Nie  ufam temu kierowcy, a chciałbym z panem trochę porozmawiać.

W czasie spaceru rozmawiali o teraźniejszości, najwyraźniej omijając temat wojny. W końcu jednak zaczęły padać pytania, na które nie było ani jednej łatwej odpowiedzi. Profesor w pewnym sensie był szczęściarzem. W lipcu trzydziestego dziewiątego roku wyjechał na staż do nowojorskiej kliniki. Miał tam spędzić z rodziną trzy miesiące i wrócić na początku października. Wybuch wojny, pomimo że początkowo żona chciała wracać do kraju, zatrzymał ich w Ameryce. Dzięki temu przeżyli, pozostali członkowie ich rodziny zginęli w gettach i obozach. Większość z nich była na zdjęciach, które ze sobą przywiózł. Piotr kolejny już raz  poczuł niebezpiecznie szybkie bicie serca.

– Może usiądźmy na chwilę na ławce, profesorze. Chcę panu coś pokazać. Mam takie wrażenie, jakbym dostał dzisiaj zadanie od losu, że mam to panu przywieźć – powiedział wręczając mu kopertę.   

– Przywieźć, dla mnie? Cóż to takiego?

Profesor wziął kopertę i wyjął jego zawartość. Twarz mu pobladła, a broda z minuty na minutę trzęsła się coraz mocniej.

– Panie Piotrze, panie Piotrze – powtórzył kilkakrotnie – to cud, to dla mnie prawdziwy cud. Nie mamy żadnych pamiątek rodzinnych. To jest jak odzyskanie historii rodzinnej.  Będę mógł wnukom pokazać ich pradziadków, ciotki… Nie potrafię znaleźć słów wdzięczności za to, że przechował pan je dla mnie.  Jak dobrze, że zgodził się pan wtedy przyjść na przyjęcie i zrobić  zdjęcia. Nadal pan fotografuje? Miał pan do tego niezwykły talent.

– Tak, zająłem się tym zawodowo.  Po wojnie skonfiskowano nam fabrykę i cały majątek. Dzięki tej pasji mam teraz za co wyżywić  rodzinę.

– No cóż, przedwojenne życie dla niektórych z nas skończyło się bezpowrotnie. Bardzo tęsknię za ojczyzną, za naszym domem, ale tak naprawdę nie ma już tamtej Polski. Tu ciągle jest wróg…– dodał zrezygnowanym głosem, a potem powrócił do oglądania zdjęć. Dopiero po dłuższej chwili ponownie odezwał się, bardzo przygnębiony.

– To takie niesprawiedliwe, oni prawie wszyscy nie żyją…niektórzy z nich byli tacy młodzi. O, to nasi znajomi, a pana sąsiedzi, Anna i Tobiasz, tacy cudowni, mądrzy ludzie.

Gdy Piotr usłyszał imiona rodziców Basi, zrobiło mu się ciemno przed oczyma. Nie zdawał sobie sprawy, że są na tych zdjęciach. Nie pamiętał, że byli na przyjęciu. Poprosił profesora, żeby pokazał mu fotografie, na które tyle lat nie chciał spojrzeć. Tak, to byli rodzice Basi. Była też Basia i jej trójka rodzeństwa, na zbiorowym zdjęciu kilkanaściorga  dzieci.

– Mogłaby odzyskać część swojej historii, jak to wcześniej powiedział profesor… –  znowu zadumał się Piotr.

Chwilę trwał w tym stanie, a potem zwrócił się do profesora zdecydowanym tonem.

 – Muszę jednak  odebrać panu dwa zdjęcia. Nie mam niestety odbitek, a jest ktoś, kto musi je zobaczyć.

Profesor bez żadnych pytań wyjął fotografie, na których była rodzina Basi. Piotr spojrzał na niego zaskoczony i ze zdziwieniem zapytał.

– Skąd pan wie, że o te zdjęcia mi chodziło?

– Po prostu wiem. I domyślam się, że zamierza pan powiedzieć jej kiedyś prawdę. Jeżeli tak się stanie i będzie chciała poznać swoją kulturę, proszę jej powiedzieć, że są znajomi rodziców, którzy chętnie przekażą jej całą wiedzę. Jeżeli mnie już nie będzie na tym świecie, zrobią to moje dzieci. Proszę też dać jej te dwa listy. Mama Basi przysłała je do mojej żony do Ameryki, planowali z mężem i dziećmi uciec za ocean. Mieliśmy im pomóc w zorganizowaniu nowego życia. Tobiasz był wybitnym kardiologiem, szybko znalazłem dla niego pracę… Czekaliśmy na nich w wyznaczonym terminie i miejscu, niestety nie zdążyli wyrwać się z tego piekła.  Po wojnie próbowałem ustalić, co się z nimi stało. Korespondowałem z waszym poczciwym księdzem, to on w tajemnicy zdradził mi wydarzenia tamtej nocy.  Miałem nadzieję, że kiedyś pana spotkam i będę mógł panu za to podziękować, no i przekazać te listy. Jak widać dobry Bóg, teraz zrobił wszystko, żeby ocalić dwie historie. To jest dobry dzień panie Piotrze…To jest dobry dzień – powtórzył.

– Ja od czasu wojny nie miewam dobrych dni, profesorze.

– Więc może czas to zmienić? Rozdrapywanie ran nie ma sensu. Historii nie zmienimy, czasu już nie cofniemy. Trzeba zacząć żyć teraźniejszością i cieszyć się każdą chwilą. Każdego dnia  tworzyć swoje własne szczęście. Nikt go nam nie podaruje, z nieba też nam nie spadnie. Po prostu musi je pan odnaleźć w sobie. Jest pan młodym, utalentowanym, odważnym człowiekiem. Niech pan zacznie znowu żyć, panie Piotrze.

Rozmawiali jeszcze jakiś czas,  a im dłużej trwała rozmowa, tym większy spokój ogarniał Piotra. Nareszcie jego rozkołatane serce przestało przyspieszać. Nie potrafił tego określić, ale poczuł niebywałą lekkość, jakiej dawno nie zaznał. Czuł, że to spotkanie nie tylko uratuje dwie historie, prawdopodobnie uratuje też jego.

W końcu nadeszła pora rozstania, pożegnali się serdecznie i wymienili adresy. Obiecali też sobie pozostanie w kontakcie.  Już w drodze z dworca do  domu Piotr zaszedł do ogrodnika. Zapewne dlatego, że tydzień temu robił ślubne zdjęcie jego córce, ogrodnik zgodził się obsłużyć go w niedzielę. Pożyczył mu także wózek do przetransportowania zakupionych krzaków róż i innych roślin.

Kiedy Piotr stanął pod domem, natychmiast w drzwiach pojawiła się jego żona.

– Matko, Piotr, gdzieś ty się podziewał. Od rana odchodzę od zmysłów!

– Musiałem kupić ci róże, kochanie. Dużo pięknych róż. Zaraz je posadzę, a jutro zrobię  ławkę pod orzechem.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem, a potem uśmiechnęła się, tym swoim beztroskim, tak dawno niewidzianym, uśmiechem.

 – Tak, to jest dobry dzień, profesorze – powiedział sam do siebie.  – Dobry dzień nowego, lepszego życia.

Be the first to reply

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *