Matko kochana! O co chodzi z tymi snami?! Jak to możliwe, żeby człowiekowi śniły się takie historie? Owszem, od małego pacholęcia miałam dość nieprzeciętną fantazję, ale czasami, kiedy Morfeusz otuli mnie swoimi ramionami, doprawdy dzieją się niesamowite rzeczy. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, bo poziom absurdu moich snów jest powalający, a dzisiejsza noc przebiła wszystko.
Przyśniło mi się bowiem, że jestem japońską cesarzową! Otoczona umięśnionymi ochroniarzami, siedzę w ogrodzie pełnym lampionów i świec, a znudzone gejsze siedzą koło mnie i małymi łyczkami popijają sake. Mam na sobie przepięknie haftowane złotą nicią kimono, a na nogach, o zgrozo, stare, zabłocone kalosze. Nadchodzi jakiś nieznany mi człowiek o nieprzyjaznym, przeszywającym spojrzeniu i każe mi wziąć się w końcu do roboty. Siadam więc przy nienaturalnie wielkim biurku i ogromnym pawim piórem podpisuję stertę kolorowych papierów. Każdy z nich odkładam na brzeg biurka, aż w końcu powstaje z nich tęcza. Postanawiam uciec tym kolorowym mostem i wdrapuję się na niego. Czerwona i pomarańczowa droga parzy okropnie moje stopy, przeskakuję więc na kolor niebieski, a wtedy pode mną chlupie woda. Wreszcie przydają się stare kalosze, niestety woda staje się coraz głębsza, więc przenoszę się na kolor żółty. Teraz tęcza znika i biegnę wśród kwitnącego rzepaku. Jego zapach mnie upaja, a pole wydaje się bezkresne. Jest pięknie, zielono-żółte pola kontrastują z błękitem nieba, a wszystko otula ciepłe słońce. Nagle dołącza do mnie mój pies, radośnie merda ogonem i skacze po polu jak sarna, niestety ostry zapach rzepaku drażni jego nozdrza. Biedak zaczyna kichać bez opamiętania. Biorę go na ręce i zaczynam biec, chcę jak najszybciej wynieść go z tego rzepaku, już nie jest tak miło. Słyszę nad sobą warkot samolotu, boję się, uciekam coraz szybciej, w końcu przede mną ląduje awionetka, z której wysiada Paul McCartney i oferuje pomoc. Wsiadam więc z psem do samolotu, a były Beatles informuje mnie, że specjalnie dla mnie skomponował nową piosenkę i wykonuje utwór „Girl”. Czuję się zakłopotana, bo wiem, że ten przebój powstał, kiedy jeszcze nie było mnie na świecie. Chcę być grzeczna i postanawiam mu podziękować za kompozycję, ale w tym momencie zaczynają się turbulencje i po chwili w głośnikach rozbrzmiewa zdenerwowany głos kapitana. Krzyczy coś po japońsku, a ja, pomimo że przed chwilą byłam japońską monarchinią, nie rozumiem ani słowa. Nie wiem więc, co się za chwilę wydarzy, samolot zaczyna spadać, ściskam mocno dłoń Paula McCartneya i myślę, że przynajmniej zakończę życie w towarzystwie legendy. O dziwo, nie ginę, jestem teraz na koncercie Beatlesów. Mamy lata sześćdziesiąte, dookoła mnie tłumy rozhisteryzowanych nastolatek, a ja stoję wśród nich nieruchomo w złotym kimonie, paskudnie zabłoconych kaloszach i ogromnym pawim piórem w ręku. Jedna z nich wskazuje na mnie palcem i krzyczy, że to przeze mnie zespół się rozpadnie. Cały wrzeszczący tłum zwraca się w moją stronę. Znowu muszę uciekać. Biegnę co tchu, oglądam się za siebie, widzę, jak zbliżają się oszalałe fanki, są coraz bliżej i bliżej… Nareszcie się budzę.
Be the first to reply